Kategorie

Gdzie można zrobić siusiu? Wszędzie – powiedział beduin i wskazał pustynię… (cz. 4)

Kolejna wyprawa to wycieczka quadami po pustyni. Wszystko ustawione pod turystę i trąci totalną rutyną, ale i tak robi wrażenie. Wyruszamy nocą, by zdążyć na wschód słońca. Znów zbiórka pod hotelem i znów dokądś nas wiozą. Docieramy do bazy wypadowej. Stoi tam kilkadziesiąt quadów, część w nienajlepszym stanie.

Dzieci podniecone, panom rośnie testosteron, tylko my, ciotka Józia z ciotką Krysią, trochę przerażone. Wsiada się po dwoje – dziecko z dorosłym. Mnie zabiera moja niespełna 12-letnia córka krzycząc, że wreszcie odkryła swoje powołanie! Siedząc z tyłu ledwie utrzymuję równowagę i nie mogę wyjść z podziwu dla jej odwagi – nie po raz pierwszy zresztą. Starsi chłopcy też kierują swoimi quadami, my, dorośli, musimy się zadowolić rolą pasażera.

 

Pustynia urzeka bezmiarem i niesamowitymi skałami. A gdy nagle się zatrzymujemy, by zobaczyć wschód słońca, robi się baśniowo. Zza skał wynurza się czerwona poświata rozlewając się na piaszczyste bezkresy i strzeliste skały. W ustach pełno piachu, ręce grabieją od trzymania quadów, arafatka, w którą owinięte są nasze głowy nie pozwala złapać oddechu, ale widok sprawia, że przez moment z całą mocą odczuwam radość istnienia. Stoję tu, na pustyni Półwyspie Synaj, tysiące kilometrów od własnego domu i czuję się cudownie mimo wciąż nękającej mnie zemsty faraona.

Chwila na zrobienie fotek i znudzeni swoją rolą przewodnicy ciągną nas dalej. Jedziemy i jedziemy, zachłystujemy się widokami, wreszcie kolejny przystanek. Tylko po to, by stanąć na jakimś wzniesieniu, krzyknąć, ile sił w płucach i usłyszeć własne imię gdzieś za siedmioma górami, siedmioma górami i… siedmioma górami.

Jak w egipskich bajkach określa się niewyobrażalne dla dziecka odległości?

Nareszcie ,,wioska beduińska”. Marketing i reklama, ale miło siąść na kolorowych dywanach i napić się bardzo słodkiej i mocno parzonej herbaty w maleńkich szklaneczkach. Córce zachciewa się do toalety. – Gdzie jest? – pytamy. – Wszędzie – kreśli ręką po nieboskłon nasz przewodnik. Zabawne, choć dziecko, przyzwyczajone do sedesu, z trudem robi siusiu bezpośrednio w piasek pustyni.

Potem obowiązkowa przejażdżka na wielbłądzie, który w Polsce byłby już dawno na zasłużonej emeryturze, a obrońcy praw zwierząt zbieraliby datki na jego spokojną starość – i leczenie. Zwierzę ledwie widzi, brzuch ma poorany ranami, cierpi. My też cierpimy widząc, jak jego mali opiekunowie tresują go pejczami. Musi co chwila kłaść się i wstawać, kłaść się i wstawać. I tak całe życie, bo tego oczekują turyści.

Wracamy pełni wrażeń. W luksusowym hotelu zmywamy pod prysznicem piach i idziemy opalać się nad brzegiem basenu o błękitnej wodzie w przekonaniu, że wycieczka udała się nad wyraz.

Nasze zdjęcia na wielbłądzie wyszły fantastycznie.

 

Shisha, taniec z wężami i inne hotelowe atrakcje

Shisha – wiedzieliśmy tyle, że pyka się długą wodną fajkę, najchętniej w miłym towarzystwie. Do hotelowej shishy poszliśmy więc w sześć osób, i było to nieporozumienie. – Jaką chcecie herbatę – pytał na dobry początek kelner, wymieniając kilkanaście rodzajów: jaśminowa, z hibiscusem, zielona, czarna, czerwona, z kwiatem mięty, kardamonem i parę innych.

Wybraliśmy, po czym dostaliśmy dokładnie taką, jaką piliśmy codziennie na stołówce i w hotelowych barkach – z hibiskusem. Kłócić się w Egipcie nie ma sensu, bo albo nie znają angielskiego, albo udają, że go nie znają. Po paru minutach kelner przyniósł dzban do shishy, coś tam nalał, coś tam dodał, coś przepłukał i podał, byśmy się pozaciągali. Każdy dostał po ustniku, włożył sobie wężyka do ust i wdychał opary aromatycznego tytoniu. Po paru razach miałam dość, ale wypadało posiedzieć chociaż godzinę. Toteż posiedzieliśmy.

Daliśmy się też nabrać na wieczór egipski, na który usilnie namawiał nas „nasz friend”, kelner…..Tylko five dollars od osoby i atrakcji co niemiara. Ostatecznie zaprosił tylu turystów, że nie było gdzie wcisnąć szpilki, a atrakcją był półgodzinny taniec jakiegoś beduina w kolorowej spódnicy, która wirowała mu jak parasol oraz zaklinacz węży, co nawet na dzieciach nie zrobiło zbyt dużego wrażenia.

Wrażenie zrobiło być może jedynie na młodej dziewczynie, która posłużyła jako słup, wokół którego „niezwykle jadowity” wąż się owijał. Poza tym drinki były standardowe, czyli okropne: cola rozcieńczona z wodą w proporcji 1:10. Po paru dniach ich serwowania na ich widok robiło mi się niedobrze. Ratowała mnie jedynie butelkowana woda (też miałam podejrzenia, że napełniali ją zwykłą wodą z kranu).

Kolejna atrakcja hotelu to muszla koncertowa o szumnej, brzmiącej z paryska, nazwie Moulin Rouge, gdzie występowała grupa animatorów, czyli młodych ludzi z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Włoch i Niemiec. Regułą było, że dobrze się na scenie bawili, czego nie zawsze można było powiedzieć o widowni. Ichnim fireshow, czyli pokazem ognia, powinien zainteresować się egipski sanepid (o ile taka instytucja tam w ogóle istnieje, bo mieliśmy wątpliwości), a widzowie (i sami animatorzy) powinni być szczęśliwi, że udało im się przeżyć to mało profesjonalne widowisko.

Równie atrakcyjna była hotelowa dyskoteka i karaoke, na które kiedyś nieopatrznie poszliśmy – krótko mówiąc były to atrakcje dla osób poszukujących m(n)ocnych wrażeń, które określiłabym mianem „żenła”. Z drugiej strony cóż się dziwić – organizatorzy mogli się czuć zmęczeni całodziennym usługiwaniem rozkapryszonym gościom, w upale, z dala od rodziny. Na terenie hoteli przebywali jedynie mężczyźni.

Rezydent opowiedziała nam, że ponieważ w Egipcie panuje bieda, ci, którym uda się zdobyć prace w takim raju jak hotel dla turystów, czują się jakby złapali Pana Boga za nogi. Ci – czyli mężczyźni. Kobiety i dzieci zostają w domach, czekając na powrót tatusiów, synów i braci. Z gotówką.

Podczas gdy miesięczna płaca w Egipcie wynosi do 300 dolarów (około 800 zł miesięcznie), kelnerzy, sprzedawcy pamiątek, malarze, kucharze itd. potrafią tu zarobić o wiele więcej. Egipcjanie wiedzą, że każdy potencjalny turysta to prawdziwa żyła złota, trzeba jedynie umiejętnie wyciągnąć od niego pieniądze. Jak już wiemy, robią to znakomicie.

I jeszcze parę fotek z nurkowania – ja nie, ale moja rodzina i znajomi – owszem.

I to by było na tyle.

Ziemia Święta, czyli Jerozolima, Betlejem i Wojciech Cejrowski (cz. 3)

Moje marzenie, o którym zawsze myślałam, że się nie spełni. Bo za drogo i za daleko.

Podróż do Izraela jest standardową wycieczką fakultatywną z egipskich kurortów, wystarczy odpowiednia ilość dolarów – i w drogę. Standardowo też zaczyna się późnym wieczorem i trwa całą noc. Dzień jest na zwiedzanie, nocą się wraca.

Jedziemy więc, ja skulona w autokarze do granic możliwości. Przede mną siedzi facet, który twierdzi, że ma popsuty fotel. Siedzisko opada więc cały czas, więc ja, nie mogąc odchylić do tyłu swojego, ledwie dyszę. Ale to nieważne, ta udręka potrwa tylko pół nocy.

Około północy docieramy do granicy egipsko-izraelskiej, którą trzeba pokonać pieszo. W punkcie kontroli celnej czekają uzbrojeni po zęby żołnierze zarówno jednej, jak i drugiej strony. W tym wiele młodych kobiet, które wyglądały na mocno znudzone ciągłym przepływem turystów. Może dlatego co chwila spoglądały w wiszące na ścianach lustra i poprawiały swoje piękne długie włosy? Zachowywały się, jakby wolały posiedzieć na Facebooku niż nosić broń na krągłych ramionach. Ale cóż, służba nie drużba. Prześwietlali nas, rewidowali torby, wczytywali się mocno w paszporty, pytali o dziwne rzeczy  - np. o imię z bierzmowania czy panieńskie nazwisko matki – czyżby Mossad aż tak dobrze działał? Ja usłyszałam pytanie, dlaczego jadę do Izraela. Było tak banalne, że zgłupiałam. – Zwiedzić – bąknęłam.

Po godzinie znów ruszyliśmy w drogę. Nastąpiła zmiana widoków za oknem –Izrael to państwo o wiele bogatsze od Egiptu. I tylko na okresowych punktach kontrolnych było bez zmian – i tam, i tu, stali uzbrojeni po zęby żołnierze, a widok czołgu nie był niczym wyjątkowym.

Trzeba jednak pamiętać, że pojechaliśmy do Egiptu w czasie arabskiej wiosny, która zaczęła się w lutym 2011 roku właśnie w Kairze, na placu Tahrir, znajdującym się  tuż obok Muzeum Starożytności. Zwiedzając je sfotografowaliśmy spalony doszczętnie budynek rządowy, namioty rewolucjonistów na wspomnianym placu, bojowych Arabów. W ekskluzywnym szpitalu w Skarm-El-Sheikh, rzut kamieniem od naszego hotelu, leżał schorowany i zniedołężniały już Hosni Mubarak, prezydent Egiptu od 1981 roku, który za kilka miesięcy miał być przewieziony do Kairu i tam sądzony. Polski MSZ na swoich stronach internetowych uprzedzał turystów, by raczej w te rejony świata się nie wybierali, ale my wycieczkę wykupiliśmy jeszcze w styczniu,  dwa tygodnie przed rewolucją. Nastroje w Egipcie i sąsiadujących z nim państwach były więc bardzo napięte i pokonując nocami setki pustynnych kilometrów pewnie nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy z ewentualnego niebezpieczeństwa.

Zastanawiające było i to, że znajomi, którzy zwiedzali Egipt czy Ziemię Świętą kilka lat wcześniej, czy nawet rok wcześniej, musieli jechać w autokarowych konwojach, liczących po kilkanaście aut. My, paradoksalnie, bo przecież w czasie rewolucji, jechaliśmy pojedynczym autokarem, a jedynym udziwnieniem, gdy wybraliśmy się do Kairu, był tajemniczy osobnik, który całą drogę w jedną i drugą stronę spał na ostatnim siedzeniu w autokarze. W którymś momencie odkryliśmy nawet, że jechał ze swoim, na oko 8-letnim synkiem, ale dziecko było równie grzeczne jak on i sprawiało wrażenie nieobecnego. Czy to był policjant, żołnierz, strażnik turystów, agent czy może jadący na gapę szwagier kierowcy – nie udało nam się dowiedzieć.

Nad ranem, w promieniach wschodzącego słońca, które w tamtych rejonach świata ma niespotykaną w Polsce barwę i jest zjawiskowe, zobaczyliśmy pierwsze drogowskazy z napisem ,,Jeruzalem”.

Stary Testament, świątynia Salomona, narodzenie Jezusa Chrystusa, wyprawy krzyżowców, naród wybrany i utworzone dopiero po wojnie państwa Izrael, polscy Żydzi-tułacze – wszystko to nabrało innego znaczenia. Nawet fakt, że Matka Boska wraz z małym Jezusem i św. Józefem uciekali przed Herodem właśnie z tych miejsc do Kairu, na osiołku. Mogłam sobie wyobrazić, jaką drogę pokonali oraz jak niebezpieczna i daleka była to wyprawa. Jeśli ktoś chce lepiej  zrozumieć Biblię i problemy tego rejonu świata, musi tu przyjechać.

Panorama Jerozolimy robi wrażenie. Miejsce widokowe jest standardowe, każdy turysta robi sobie tam zdjęcie. W tle widać złotą kopułę, jedno z najważniejszych sanktuariów muzułman, położone na Wzgórzu Świątynnym. Jerozolima to miasto trzech wielkich religii: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. To tu, w obrębie murów Starego Miasta, znajdują się trzy najważniejsze dla wyznawców tych religii miejsca: Ściana Płaczu, miejsce święte dla Żydów, bazylika Grobu Jezusa Chrystusa, czczona przez chrześcijan oraz wspomniana Kopuła na Skale, miejsce kultu muzułmanów.

Niestety, wyznawcy tych trzech religii chcą za wszelką cenę udowodnić wyższość ,,swojego” Boga nad Bogiem konkurencyjnych wyznań, co sprawia, że jest to jedno z najbardziej zapalnych miejsc na świecie. Czy przypadkiem Pan Bóg wszystkich ludzi nie chce nam przez to coś powiedzieć?

 

Nasza przewodniczka Marta, pół-Polka, pół-Egipcjanka, oprowadza po świętych dla chrześcijan miejscach. Śladami Jezusa Chrystusa. Najpierw oglądamy mury otaczające wzgórze jerozolimskie i bramę (teraz zamurowaną), którą wjeżdżał do miasta Jezus na osiołku tydzień przed ukrzyżowaniem. Ponieważ witany był palmami, w Polsce czcimy wspomnienie tego dnia jako Niedzielę Palmową.

W dole nekropolie – przepowiednia głosi, że im kto będzie spoczywał bliżej bramy, tym szybciej przywita Boga w dniu Sądu Ostatecznego, bo tam właśnie ma się ów sąd rozpocząć. Czekają więc na ten dzień i muzułmanie, i Żydzi, i chrześcijanie, już zgodnie leżący w niewielkich grobach. Marta mówi, że spoczynek w tym miejscu kosztuje dziś jakieś 20 tysięcy dolarów. Chętnych nie brakuje, gorzej z miejscem. Znakiem pamięci bliskich jest przynoszony przez nich na grób kamień. Na niektórych leży ich wiele. Obok gaje oliwne.

Jedziemy do wieczernika, oglądamy też ogród oliwny, ten, w którym Judasz zdradził pocałunkiem Jezusa Chrystusa. Niektóre drzewa – jak mówi Marta – mogą pamiętać to wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, ale to chyba tylko chwyt reklamowy. Do takich tekstów musimy się przyzwyczajać, bo zwiedzając święte dla nas miejsca próżno szukać natchnienia i chwil uniesienia. Wszystko jest skomercjonalizowane. Ot, choćby Bazylika Grobu Pańskiego w Jerozolimie – tłumy ludzi, kolejki, ktoś pije colę, ktoś się przepycha,głośne rozmowy. Błyskają flesze – jeśli nie przywiezie się fotki, to jakby się nie było.


Najpierw miejsce, gdzie rzekomo został ukrzyżowany Jezus Chrystus, potem następne, gdzie rzekomo miał być jego grób. Wyobraźnia, karmiona przez lata opisami z Ewangelii, że ubogo, skromnie, duchowo, przestaje działać. Przepych, przesyt, powietrze nasycone, jakby za chwilę miało wybuchnąć. Intensywne wonie, charakterystyczne dla kościołów wschodnich. Bazylika przez wieki przechodziła z rąk do rąk, obecnie opiekę nad nią sprawują duchowni prawosławni oraz franciszkanie. W miejscu, gdzie rzekomo ukrzyżowano Jezusa Chrystusa wsadzając rękę do otworu dotknąć można jedynie skały, gdzie stał krzyż.

Pod kaplicą – mówi nam przewodniczka Marta – miał się znajdować grób Adama. W chwili śmierci na krzyżu krew umierającego Chrystusa spłynęła na czaszkę naszego praojca. To już wersja dla fanatyków.
Dla prawosławnych jedną z największych świętości znajdujących się w bazylice jest kamień, na którym ciało Chrystusa zostało namaszczone i owinięte w całun. Kamienna płyta jest dokładnie wypolerowana, gdyż wierni głaszczą ją, przytulają się do niej, opłakują. Potarte o tablicę chusty pachną wonnymi olejkami i zgodnie z tradycją można je wkładać do trumny w chwili śmierci ich właściciela. Też potarłam swój biały szal, pachniał delikatnie i pięknie. Do pierwszego prania.

Do zobaczenia zostało jeszcze mnóstwo rzeczy, ale tempo zobowiązuje. Wąskimi uliczkami starej Jerozolimy, idąc tak naprawdę stacjami Drogi Krzyżowej naszego Pana, zmierzamy do Ściany Płaczu. W międzyczasie spotykamy Wojciecha Cejrowskiego, nakręcającego z ekipą film. Jeden z Żydów, warząc coś w kociołku, opowiada do kamery, jak to jego babcia spod Krakowa gotowała ziemniaczki. Zaintrygowana wycieczka zatrzymuje się traktując znanego podróżnika jako jeszcze jedną atrakcję turystyczną, ale pan Cejrowski nie jest z tego zadowolony.

Gdy pada pytanie, dlaczego jest w sandałach (w końcu ,,Boso przez świat”), otrzymujemy jakąś niewybredną odpowiedź, a jego filmowiec rzuca zdenerwowany, że ,,tu się pracuje”. Nie ma się co dziwić – 40 stopni w cieniu, Cejrowski w oparach z kociołka, a kolejne ujęcie, choć to Jerozolima, diabli wzięli, i to przez dziesiątą już pewnie tego dnia polską wycieczkę. Oddalamy się więc chłonąc gwar dnia codziennego – Marta mówi, że dwa tysiące lat temu było tak samo: ludzie handlowali, kłócili się, rozmawiali, jedli, a Chrystus po prostu szedł z krzyżem, tak jak wielu przed nim, i wielu po nim.

Ściana Płaczu – pełno żołnierzy uzbrojonych po zęby, prześwietlanie bagaży i żartobliwe pytania kontrolujących, czy nie wieziemy przypadkiem bazooki. Jakoś trzeba sobie radzić w tym upale i przy takim przepływie ludzi. Zakaz fotografowania – będzie to można uczynić wchodząc na specjalne miejsce widokowe. Nakaz założenia chust na głowę i już mężczyźni idą do głównej Ściany, a my, kobiety, to tej mniej głównej, w zasadzie bocznej. Pełno świętych dla Żydów ksiąg, wszędzie krzesełka, zwykłe białe i plastikowe. Można podejść do samej Ściany, pomodlić się chwilę i odejść koniecznie cofając się. Czujemy na sobie przenikliwy, choć życzliwy wzrok innych osób, wielu z nich zatopionych jest w modłach. My, turyści, chcemy jedynie doświadczyć pewnych emocji.

Historia Ściany Płaczu, jako jedynego zachowanego fragmentu Świątyni Salomona, potrafi rozpalić wyobraźnię przeciętnego zjadacza chleba. To kawał żywej historii.

Tu już posiłkuję się internetem, głównie Wikipedią. Można tam poczytać, że świątynia była miejscem wysławiania Boga JHWH i składania mu ofiar. Wewnątrz świątyni znajdowała się Arka Przymierza, czyli obficie pozłacana skrzynia drewniana. Tradycja głosi, że była zbudowana na pustyni przez Mojżesza ok. 1500 lat p.n.e. na polecenie Boga. W Arce Przymierza przechowywano kamienne tablice z tekstem Dekalogu, które Mojżesz otrzymał od Boga na górze Synaj. Arka stała w specjalnym pomieszczeniu, zwanym Miejscem Najświętszym „Święte Świętych”, które było odseparowane od reszty świątyni specjalną zasłoną, za którą nie wolno było nikomu wchodzić oprócz arcykapłana. Raz w roku każdy żydowski mężczyzna miał obowiązek wyruszyć do Świątyni Jerozolimskiej w celu złożenia ofiary.
Ta świątynia została zburzona, a na jej miejscu wybudowano Drugą Świątynię. Za panowania Heroda Wielkiego Druga Świątynia została rozebrana i wybudowana na nowo. Jednak w roku 70 naszej ery Rzymianie ponownie ją zburzyli. Jedyną pozostałością po niej jest tzw. mur zachodni, zwany właśnie Ścianą Płaczu.

Obecnie w Izraelu istnieją grupy osób poważnie myślące o budowie Trzeciej Świątyni. Istnieje Instytut Świątynny, który kształci w tym celu kapłanów. Na przeszkodzie tym planom stoją święte dla muzułman: Kopuła na Skale i Meczet Al-Aksa, wzniesione prawdopodobnie w miejscu, na którym znajdowało się „Święte Świętych” starożytnej Świątyni.  Odbudowanie jest jednak mało prawdopodobne ze względu na toczący się od lat konflikt żydowsko-muzułmański. W 2009 roku Żydzi z osiedla Micpe Jerycho na Zachodnim Brzegu Jordanu, rozpoczęli budowę naturalnej wielkości repliki Świątyni Jerozolimskiej.

Z miejsca widokowego robimy zdjęcia. Widok imponujący, choć upał jeszcze większy. To on sprowadza nas na ziemię. Jak miło wsiąść się do autokaru z klimatyzacją! Pozostaje jeszcze Betlejem, jakiś kwadrans od Jerozolimy. Lokalni kierowcy to mistrzowie świata w swoim fachu. W wąskich uliczkach, gdzie ledwie minęłyby się dwa tico, kierowcy autokarów wiozących turystów z całego świata mijają się na odległość lakieru – jak śmieje się Marta. Zapiera nam dech w piersiach przy tych akrobacjach, jak przy jeszcze jednej atrakcji turystycznej. Zmierzamy do Bazyliki Narodzenia Pańskiego, czyli do miejsca narodzin Jezusa Chrystusa. To symboliczne miejsce oznaczone jest gwiazdą.
Betlejem znajduje się już w Autonomii Palestyńskiej, tak jak wszystkie święte dla chrześcijan miejsca. Pięć lat temu miasto zostało otoczone 8-metrowym betonowym murem odgradzającym je od Izraela. Ruch w obie strony odbywa się na zasadzie okazania specjalnych przepustek. Palestyńczycy żyją tam jak w getcie – tak przynajmniej to określają. Po zamknięciu swoich sklepów czy powrocie z pracy zamykają się w domach. – Tu nikt się nie bawi – mówi Marta. Zatrzymujemy się przed sklepem z pamiątkami, należącym pewnie do brata kuzyna szwagra. Mnóstwo gadżetów (różańce z różnych gatunków drzew, wisiorki, krzyże, medaliki, wielbłądy i tylko brakuje figurki Matki Boskiej z odkręcaną głową) i nastrój tak jarmarczny, że odechciewa się kupować czegokolwiek.

Dlatego nie kupuję niczego, a nawet krzyczę na męża, że zakupił krzyżyk z piaskiem w środku. Jak się okazuje, dopiero w domu te pamiątki z Ziemi Świętej nabierają innego znaczenia. Dopiero w Polsce żałuję, a ze mną domownicy, krewni i dalsi znajomi, że nie kupiłam więcej różańców czy krzyży. W końcu nie każdy może być w Ziemi Świętej.
Jesteśmy już zmęczeni, dlatego coraz trudniej stać w okropnie długiej kolejce do krypty, będącej rzekomym miejscem narodzenia Naszego Pana. W dodatku stoją przed nami Japończycy, a chyba wszyscy wiedzą, co to oznacza. Ta ich chęć zarejestrowania wszystkiego!  Inni śmieją się, że ,,gorsi’’ są tylko Włosi. Polacy są bardziej karni: trzeba być krótko, to jesteśmy krótko, bo za nami tłoczą się kolejni turyści. Dotykając ręką miejsce narodzenia Boga nie odczuwam żadnych emocji oprócz zmęczenia.

Po wyjeździe z Betlejem czekamy już tylko na jedno: obiad. Potem długi powrót do Sharm-elk-Sheikh.
Czyli Ziemia Święta w pigułce, i to wielkości espumisanu. Ale jeśli na więcej nas nie stać?

Wycieczka do Ziemi świętej będzie mi się kojarzyć z… jajami na twardo. Hotel zaopatrywał podróżnych w suchy prowiant. W torbach zjadliwe były tylko wspomniane jaja, które po obraniu ze skorupek wydzielały charakterystyczny zapach. Staraliśmy się nie zauważać spojrzeń naszych towarzyszy podroży, którzy jaj na twardo byli pozbawieni. A może były to zazdrosne spojrzenia?

Wycieczki kojarzyć mi się będą również z chorymi na żołądek współtowarzyszami podroży. Bywało, że w środku nocy auto musiało zatrzymywać się, bo kogoś przycisnęło – a głupio korzystać co chwila z maleńkiej toalety w autokarze. Wszyscy przyjmowali takie sytuacje ze zrozumieniem, bo dla każdego wyprawy były wielką niewiadomą. Kto będzie następny?

Żołądkowe sensacje nie miały znaczenia. Minęły, a tymczasem wspomnienia są nadal żywe.

Zemsta faraona i nieoceniony Mc Donald’s (cz.2)

Feeria zapachów, kolorów i potraw w hotelowej stołówce po prostu nas oszołomiła. Lśniące i starannie wyprasowane obrusy, czyste naczynia i egzotyczne dania. Stop –mimo wszystko musimy być czujni. Przez miesiąc przed wyjazdem przyjmowaliśmy probiotyki, wiedzieliśmy też, że w Egipcie nie można nawet płukać ust wodą z kranu.

Na początek więc spokojnie – jakaś grzanka, omlet z jaja, przekąska. Ale wystarczyło parę godzin, by nasze polskie żołądki dały odczuć, że jedzenie wybitnie im nie pasuje. Pierwsze dolegliwości odczułam ja – odbijanie się, wzdęcia i ciągłe mdłości. Byliśmy jednak na taką okoliczność przygotowani – cztery litry wódki nie na darmo mroziło się w hotelowej lodówce. My, dorośli, popijaliśmy na okrągło, ale wkrótce stwierdziliśmy, że nic to nie daje. Chorowaliśmy mimo procentów.

Takie rafy koralowe można było zobaczyć w morzu tuż przy hotelu. Zdjęcia robiliśmy zwykłym aparatem, tyle, że w nieprzemakalnym , przezroczystym etui

Najbardziej cierpiał mój syn – 14-latek dostał bardzo wysokiej gorączki, wymiotował i nawet nieoceniony nifuroksazyd już na niego nie działał, nie mówiąc o lekach obniżających temperaturę. Gdy dziecko zaczęło dopytywać, czy tak właśnie wygląda umieranie, uznaliśmy, że trzeba uruchomić ubezpieczenie zdrowotne i jechać do lekarza. Mąż poszedł do recepcji i zadzwonił do Polski, do ubezpieczyciela. Taka procedura.

Przez telefon dowiedział się, że za chwilę pod hotel podjedzie taksówka. Osłabiony syn ledwie dotoczył się do recepcji. Zapadliśmy w wygodne fotele (jak się później okazało z pluskwami w dzianinie, ugryzień których niektórzy z nas doświadczyli) i czekamy.

Mąż wyszedł przed hotel i wypatrywał auta. Minął kwadrans, potem pół godziny, a taksówki nie ma. Mąż ponownie dzwoni do Polski. Tam dowiaduje się, że taksówka nie została wpuszczona na teren hotelu i czeka przed bramą. Mąż pędzi więc, chcąc wykłócić się o wjazd, ale strażnicy są konsekwentni – nie i nie. – Nie chcesz przypadkiem sprzedać swojego telefonu? – pytają męża, trzymającego w ręku Samsunga. – Mnie dziecko choruje, a wy telefony – krzyczy rozeźlony mąż, po czym wraca do hotelu. Bierzemy dzieciaka pod pachy i wleczemy się z nim jakieś 700 metrów do taksówki. Klnę na strażników na czym świat stoi – oczywiście pod nosem. – Udawaj, że jesteś chory – mówi inteligentnie mąż do syna. Pewnie chodziło mu o to, by zademonstrować, że oto bardzo ciężko chory syn, ledwie powłóczący nogami, musi iść taki kawał z hotelu, bo nieludzcy strażnicy nie mają litości. – Przecież jestem chory – zdobył się na żachnięcie syn, co mąż przyjął ze zrozumieniem.

Jedziemy nie wiedząc, czego po egipskiej przychodni oczekiwać. Jest późny wieczór. W progu wita nas młody lekarz. Szczegółowo wypytuje o dolegliwości syna. Mąż odpowiada po angielsku, ale zgadujemy się, że doktor, absolwent medycyny w Aleksandrii, zna i rosyjski. Dla mnie, rusycystki studiującej pięć lat w Sankt Petersburgu w Rosji, to prawdziwe zaskoczenie: okazuje się, że w Egipcie, zwłaszcza w rejonach turystycznych, niemal każdy Arab zna rosyjski! Powód? 80 procent turystów to Rosjanie. Rosyjski słychać niemal na każdym kroku, wielu animatorów z naszych hoteli to Rosjanie, Ukraińcy lub Białorusini. Podczas przystanku nad Morzem Martwym, dla rozprostowania nóg i pomoczenia ich w słonej wodzie, weszłam do sklepu z kosmetykami z minerałami z tegoż morza, prowadzonego przez dwie pulchne Rosjanki. W restauracyjce obok też wszystko po rosyjsku. Nie od dziś wiadomo, że Izrael to przyjaciel Amerykanów, ale świat arabski, w tym i Egipt, za przyjaciela ma wielkiego brata, Rosję.

Nasz hotel Sea Club Resort

Mogłam więc bez problemu porozmawiać z przesympatycznym młodym lekarzem oraz wyjaśnić, co dolega mojemu dziecku. Poczułam, że moje pięć lat nauki w Rosji miało jednak sens! 14-latek dostał zastrzyk w pupę (na szczęście nie zrozumiał wcześniej rosyjskiego słowa ,,ukoł” i nawet nie zdążył się przestraszyć), garść leków na drogę w ramach ubezpieczenia, a młody lekarz – nie mogliśmy wyjść ze zdumienia – nie chciał bakszyszu! – Proszę, kupi pan dla żony czekoladę – zachęcałam, bo byłam naprawdę wdzięczna, ale egipski medyk był nieugięty. – Wasz ubezpieczyciel dobrze płaci, nie ma problemu – mówił. – Jeśli macie takie życzenie, to dajcie taksówkarzowi. Daliśmy.

Podpytany lekarz wyjaśnił, że najzdrowsze żołądki mają Rosjanie, potem Włosi, Francuzi czy Niemcy, natomiast najwięcej problemów mają Polacy. Dlaczego tak się dzieje, Egipcjanin nie potrafił już wyjaśnić.

Lekarz pojechał z nami taksówką pod sam hotel i mocno, choć kulturalnie, pokłócił się ze strażnikami, którzy nie chcieli wpuścić wcześniej taksówki na teren hotelu. Wyobraziłam sobie, że ich zawstydził mówiąc, że oto turyści z chorym dzieckiem musieli przeżywać takie niedogodności, i jak teraz Egipt wygląda w ich oczach, ale może mówił im coś zupełnie innego? Strażnicy powiedzieli mu jednak, że taki mają rozkaz i nic nie mogą zrobić. Byli już jednak dla nas o wiele milsi i jeden zaproponował nawet, że podwiezie nas pod hotel meleksem, którym przewozi się bagaże (taksówki dalej nie mogli wpuścić). Podziękowaliśmy twierdząc, że teraz to już łaski nie robią, bo dziecko po zastrzyku czuje się o wiele lepiej i nawet nie chciało, byśmy wzięli je pod pachy.  – Obejdzie się – rzuciliśmy im w te czarne oczy.

Efekt wyprawy do lekarza był taki, że ubezpieczyciel nie chce nam zwrócić kosztów rozmowy z recepcji hotelowej, sugerując, że nie dostarczyliśmy oryginału rachunku. Tymczasem przesłaliśmy to, co dostaliśmy. Dzięki TU Europa jesteśmy stratni 80 złotych. No chyba, że wrócimy do Sharm El-Sheikh i wydębimy z recepcji oryginalne rachunki.

Nasz hotel Sea Club Resort

Wracając do jedzenia, Egipt będzie mi się kojarzył z ciągłymi biegunkami, mdłościami, nifuroksazydem i nieustanną dietą. Schudliśmy, a widok reklamowanych batoników na polskim kanale hotelowego TV przyprawiał o zawrót głowy. Po tygodniu naszym ulubionym zajęciem było wymyślanie potraw, które przyrządzimy sobie po powrocie do Polski, przy czym ja marzyłam o kromce chleba z masłem i pomidorem. W kraju, gdzie owoców było w bród, i to egzotycznych, żywiliśmy się najprostszymi potrawami, bo zjedzenie czegokolwiek innego było arabską ruletką. – Dlaczego nie możesz nam kupić tego batonika czy chipsów – pytały dzieci, patrząc pożądliwie na łakocie w przydrożnej stacji paliw. Jak wytłumaczyć, że zwykły baton kosztował trzy razy drożej niż w Polsce? Kupiliśmy, ale za kilka rzeczy, które w kraju kosztowałyby jakieś 20 złotych, tam zapłaciliśmy prawie 70.

Solidarność i patriotyzm Arabów jest godny naśladowania – mimo, że przejeżdżaliśmy obok marketów, gdzie było o wiele taniej, oni wozili nas na stacje czy z góry upatrzone mniejsze sklepiki. Dlaczego? Bo prowadzili je bracia, kuzyni czy szwagier teścia. To im, a ni zachodnim sieciom, trzeba było dać zarobić.

– Mamo, weszłam do toalety (przy stołówce) i słyszę, że wszyscy mają rozwolnienie – mówiła mi córka, sama wciąż na nifuroksazydzie. O przekąszeniu czegoś na mieście nie było mowy. Wystarczyło, że musieliśmy skorzystać z łazienki w McDonalds’ie w Naama Bay czy zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym barze, by przekąsić kanapkę – koty biegały za szczurami i na odwrót, blaty lepiły się od brudu, muchy łaziły po wszystkim majestatycznie, a śliczne arabskie dzieci wyciągały ręce, brr, które chyba nigdy wody nie widziały. Żele antybakteryjne bardzo się w podróży po Egipcie przydały.

Miało się wrażenie, że Arabowie lubią brud. Mało tego, oni go w ogóle nie dostrzegają. Nie widziałam tak brudnego miasta jak Kair, gdzie zdechłe konie czy wielbłądy pływały w kanałach, a stosy śmieci walały się na poboczach dróg. Tam brudne było wszystko, na czele z Nilem.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy po przylocie do Warszawy, było wstąpienie do zwykłego McDonalds’a przy trasie do domu. Była godzina 22, zamówiliśmy stertę śmieciowego jedzenia za całe sto złotych i zjedliśmy wszystko co do okruszka – bez wyrzutów sumienia, z apetytem i świadomością, że nic nam już nie może zaszkodzić. W samochodzie poczułam, jak na wypełnionym po brzegi żołądku robi mi się dobrze. Tak jest do tej pory. (cdn.)

Egipt – dwa tygodnie na nifuroksazydzie. Czy było warto? (cz.1)

Wybierasz się do Egiptu? Weź kilka opakowań leku na biegunkę i mnóstwo jednodolarówek. Przestań też patrzeć na arabski świat okiem Polaka.

 

Do Egiptu wylecieliśmy w środę 6 lipca (opisuję podróż z ubiegłego roku) . Triada zabrała nam cały dzień – początkowo wylot miał być o godzinie 7 rano, był 12 godzin później. To dość powszechna praktyka biur podróży i nie ma nawet o co walczyć. Szkoda, bo z dwutygodniowej wycieczki uciekł nam cały dzień, za który przecież zapłaciliśmy. Przy czteroosobowej rodzinie niemałe pieniądze.

Do Sharm El-Sheikh dotarliśmy koło północy, w hotelu Sea Club Resort byliśmy godzinę później. Tu po raz pierwszy przydaje się one dolar, czyli słynny bakszysz – za dostarczenie przez boya hotelowego pod właściwy adres bagaży. Od tej chwili jednodolarówki będą się rozchodzić jak świeże bułeczki.

 

Równo dobę później pierwsza ofiara zemsty faraona, czyli ja, weźmie pierwszą dawkę nifuroksazydu. Do końca pobytu w Egipcie zużyjemy cztery opakowania polskiego leku i dwa jego egipskiego odpowiednika.

 

O zemście faraona później, najpierw o tym, jak Arabowie zarabiają na turystach.

 

Egipcjanie (tu pod piramidami) tylko czekają, by zarobić na turystach.

Bakszysz

 

W tym kraju dolary są równie cenne jak woda. Za zielony banknot można kupić towary luksusowe, jak np. prawdziwą colę, batona czekoladowego na stacji benzynowej czy chipsy (wszystko kilka razy droższe niż w Polsce), więc turysta, posiadacz tychże dolarów, jest bezcenny. Cały kłopot w tym, jak owego dolara wysępić. Tę umiejętność Egipcjanie opanowali do perfekcji.

Bakszysz daje się więc kierowcy autokaru („proszę o naliwkę dla krowicy” – mówił  łamaną polszczyzną egipski przewodnik, nadstawiając koszyczek na one dolarsy – chodziło mu oczywiście o „napiwek dla kierowcy”), kelnerowi w barze, by w ramach all inclusive przyniósł kilka drinków, sprzątaczowi w hotelu, który za one dolar nie tylko pościelił łóżka, ale i dając się ponieść fantazji uformował z ręcznika łabędzia lub węża; fachowcowi, który przyszedł naprawić klimatyzację, sejf, żarówkę (wpisać można cokolwiek; mieliśmy wrażenie, że naprawiając jedną rzecz inną uszkadzali celowo, byle zarobić. W dodatku inny fachowiec był od naprawy klimy, inny od żarówki, a jeszcze inny od sejfu).

 

Dolara daje się sprzedawcy pamiątek za to, że damy wyrwać sobie aparat i cyknąć szybko zdjęcie. Bakszysz daje się za przejażdżkę wielbłądem, za zrobienie siusiu w brudnej, jak wszędzie, toalecie Muzeum Starożytności w Kairze, za zaopiekowanie się bagażem na lotnisku, a nawet za… przetrzymanie butów w najstarszym kairskim meczecie.

 

W najstarszym kairskim meczecie – kobiety muszą założyć płaszcz, wszyscy muszą natomiast wejść boso.

 

Nasz przewodnik po Kairze, Egipcjanin, świeży absolwent egiptologii Uniwersytetu Kairskiego, dobrze mówiący po polsku, był właśnie urodzonym handlowcem. Wyrafinowanych technik sprzedaży mogliby się uczyć od niego najlepsi akwizytorzy. Zastanawialiśmy się, kiedy sprzeda nasz autokar, a my jeszcze mu za to podziękujemy.

 

Najpierw więc młody i utalentowany dał zarobić kilku sędziwym strażnikom butów w kairskim meczecie z VII wieku naszej ery – do muzułmańskiej świątyni wchodzi się przecież boso. Po zwiedzeniu i pstryknięciu paru fotek, nasze klapki trzeba było odzyskać przy pomocy paru egipskich funtów. Ale gdy brałam swoje obuwie jako ostatnia, bezzębni strażnicy meczetu przytrzymali je krzycząc: one dolar, one dolar! Na szczęście poskutkowało bezradne rozłożenie rąk i egipskie monetki, które przypadkiem miałam w kieszeni. Najpierw zarobili więc strażnicy.

 

W Muzeum Starożytności (uwaga, budynek z początku ubiegłego wieku i bez klimatyzacji) młody i utalentowany skupił naszą uwagę nie na zabytkach sprzed 4,5 tysiąca lat, ale na słowie kartusz. – Jesteście Polakami i nie wiecie, co to jest kartusz? – podśmiewał się, gdy cała wycieczka nieudolnie próbowała ratować honor potomków Sarmat, po czym szczegółowo wyjaśnił cóż to takiego – w starożytnym Egipcie owalna ramka, w którą wpisywano najważniejsze imiona królewskie, np. Syn Re, Król Górnego i Dolnego Egiptu.

 

–Taki właśnie kartusz mam przy sobie – kontynuował, pokazując wisiorek na szyi w kształcie podłużnej tabliczki. Wyglądał gustownie.

 

Po tym przygotowaniu gruntu – o tym, że tak właśnie było dowiedzieliśmy się później – zajęliśmy się posągami faraonów Dżokera, Chefrena i innymi nieprawdopodobnościami sprzed 45 wieków.

 

Wejście do Muzeum Starożytności w Kairze. Poniżej spalony budynek rządowy – efekt arabskiej wiosny.

Zwiedzanie muzeum to wstrząsające przeżycie. Największe – to ujrzenie maski Tutanchamona oraz bogactw z odkrytego w 1922 roku przez archeologa Howarda Cartera grobowca tego młodego faraona. Tutanchamon, tyle wiemy dzisiaj, był synem faraona Echnatona, swojego poprzednika na tronie, oraz jego rodzonej siostry – słowem, jego rodzice byli rodzeństwem. Uczeni uważają, że Tutanchamon miał 165 cm wzrostu, był drobnej budowy ciała i urodził się ze zniekształconymi stopami oraz rozszczepem podniebienia. Sam też pojął za żonę przyrodnią siostrę, i może to było przyczyną, że urodziła ona Tutanchamonowi dwie martwe córeczki. Faraon zmarł w wieku około dwudziestu lat, prawdopodobnie na malarię. Miał problemy z chodzeniem (chorował  na zapalenie kości), miała o tym świadczyć m. in. obecność w odkrytym grobowcu laski do podpierania się oraz zestaw leków

 

W grobowcu znajdowały się przedmioty, które zgodnie ze zwyczajem starożytnego Egiptu mogły się władcy przydać po śmierci. Należały do nich między innymi: rydwany, złote łoża, tron, około pięciu tysięcy dzieł sztuki oraz inne przedmioty wykonane z kości słoniowej, złota czy alabastru. W grobie Tutenchamona odnaleziono ponadto ozdoby, broń, posągi, około trzydziestu skrzyń pełnych biżuterii, naczyń oraz kosmetyków.

 

Sama maska jest wykonana z czystego złota, inkrustowana lapis-lazuli, turkusami, krwawnikami i kwarcem. Waży ponad 10 kilo. Można ją podziwiać godzinami – mnie wystarczył kwadrans zagapienia się, by zgubić wycieczkę. Poszukiwanie jej labiryntach muzealnych pomieszczeń było kolejnym ekstremalnym przeżyciem.

 

Ciało faraona spoczywało w trzech złotych trumnach, włożonych jedna w drugą. Największe wrażenie robiła jednak trumna środkowa. Zrobiona została z drewna, pokrytego złotem, inkrustowanego szkłem i barwnymi kamieniami i była tak dokładnie dopasowana do trumny zewnętrznej, że archeolog Carter miał wielkie trudności z jej wyjęciem. To w niej znajdowała się trzecia trumna, w której bezpośrednio leżał już faraon. Była ona wykonana z ponad 110 kilogramów szczerego złota.

 

Obok w gablotach można podziwiać klejnoty znalezione w grobowcu. Dech w piersiach zapierało gdy miało się świadomość, że te wszystkie wspaniałości ktoś wykonał kilka tysięcy lat temu.

 

Czas przeznaczony na zwiedzanie muzeum, jakieś półtorej godziny, jest zdecydowanie za krótki, ale brak klimatyzacji w najgorętszym miesiącu w Egipcie, lipcu, robi  jednak swoje. Wyszliśmy więc szukając naszego młodego i zdolnego, wcześniej zaopatrując się w polecaną przez niego płytę DVD z eksponatami z muzeum, „wszystko w języku polskim, profesjonalnie i tylko za twenty dollars”. Dopiero w domu okazuje się, jaka to chała.

Poniżej: kairska ulica. Jest i Mc’Donald’s, jest i polski fiacik, i koty w knajpce, wyczekujące na ludzki odruch serca. Kair to najbardziej brudne miasto, jakie widziałam. Tam wszystko lepi się od brudu. Nifuroksazyd połykałam jak dropsy.

Potem przewodnik pozwala zarobić muzeum perfumerii, gdzie spędzamy kolejną godzinę, tym razem na wąchaniu przeróżnych zapachowych esencji. Wygodne siedziska, herbata lub kawa z kardamonem, delikatny chłodek tak kontrastujący z tym, co na zewnątrz – i już kupujemy zapach lotosu za 18 dolarów, choć w domu okazuje się, że ulatuje on po pięciu minutach.

 

Rejs Nilem? A któż się nie skusi, w końcu to tylko kolejnych kilkanaście dolarów. A jakie wrażenia! Łódka z motorem ledwie odpala, cała wycieczka po potwornie brudnej rzece trwa 20 minut, ale czarnoocy zarobili i dopiero po zejściu na ląd wszyscy się zastanawiają, dlaczego płaciliśmy za coś, co winno być wliczone w cenę wycieczki?

 

 

Ale nie ma czasu na myślenie, bo oto jedziemy już do Gizy. Ach, och – z okien autokaru widzimy piramidy oraz – po chwili – Sfinksa. Największe cuda starożytności, jedne z siedmiu cudów świata, patrzy na nas kilkadziesiąt wieków, a tymczasem totalna natarczywość sprzedawców pamiątek sprawia, że mamy dość, zwłaszcza przy 50-stopniowym upale. Zamiast kontemplować, opędzamy się od nich jak od much…

Tylko nasz przewodnik nie jest zmęczony. – Wracając do kartuszy – uśmiecha się ukazując rząd równych białych zębów – to tak się akurat składa, że mam tutaj ich wzory Można je zamówić, podać swoje imię, by je zapisać egipskim alfabetem, a za dwie godziny, wracając z obiadu, pojedziemy po nie – mówi do nas rozkładając albumy z wisiorkami. – Cena tylko twenty dollars, rzemyk do nich five dollars.

 

Dzieciom się nie odmawia. A jak ma się ich dwoje? Kupujemy, choć oba kartusze walają się teraz gdzieś w ich pokojach.

 

Gdy już większość powybierała pod Sfinksem kartusze (Sfinksie, patrzysz i nie grzmisz!), jedziemy na obiad. Restauracja o dumnej nazwie Quinn Kleopatra, a jakże, ale jedzenie staje w gardle (o tym, dlaczego, będzie dalej). W dodatku jedna zimna cola kosztuje 3 dolary. Trzeba ich kupić kilka. Znów ktoś zarabia.

Nasz przewodnik z kartuszem na szyi

Potrafią Arabowie odrzec z magii wyprawę, na którą czeka się całe życie. W dodatku ograbią, nie nakarmią, potraktują jak odmóżdżonego turystę, który zapłaci każde pieniądze, by być w takim miejscu. A jak nie chcesz kupić albumu o Sfinksie, który nieopatrznie przejrzałeś, to dostaniesz kopniaka w łydkę, bo komuś nie udało się utargować paru dolarów. Takiego kuksańca zarobił mój mąż, bo dał złudną nadzieję sprzedawcy, biorąc do ręki album o Egipcie.

 

Co ciekawe, przewodnik wręcz zniechęcał nas do zwiedzania wnętrz piramid.  – Tam nie ma nic ciekawego – zapewniał. W tym upale wejście do środka piramidy równało się śmierci, ale jego zachowanie było co najmniej zastanawiające. Doszliśmy wkrótce, jaki był powód: tam nie dałoby się na nas zarobić.

 

Wracając zastanawialiśmy się, jak to możliwe, by ten naród wybudował piramidy i parę innych niesamowitych rzeczy…